okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

twojmedyk.pl

sportportal.pl

trasymasy.pl

Reklama

strona główna >> 11/2010 >> Tak się złożyło, że się udało

nowości

BCM Nowatex Vezuvio Vento Black

Jesienią zeszłego roku w nasze ręce wpadła najnowsza kurtka polskiej marki Vezuvio (BCM Nowatex). Vento Black to lekka i wszechstronna kurtka... »

poradniki

Z duchem czasu

To, co starsze, nie zawsze jest lepsze. Czasem warto przełamać swój lęk i przykładowo przejechać się na rowerze z 29-calowymi kołami.... »

Wyprawa numeru >> Armenia


Tak się złożyło, że się udało

Grażyna Pastuszka, Remigiusz Kitliński
Ruch na Przełęczy Sulema (2410 m n.p.m.) był niewielki – wielkie były za to mijające nas pojazdy

Wyprawa do Armenii to połączenie spontaniczności z odrobiną wyrachowania. Decyzja o wyjeździe zapadła pewnego majowego popołudnia, kiedy Krzysztof rozesłał informacje o nowo otwieranym połączeniu z Warszawy bezpośrednio do Erywania. W swym e-mailu zawarł cenę tego połączenia, co sprawiło, że już następnego dnia akces do ekipy zgłosiło siedem osób dorosłych z dwójką dzieci, rezerwując bez namysłu bilety.

Tempo podejmowania decyzji było tak wysokie, że potem niektórzy z nas przez kilka kolejnych tygodni zastanawiali się, czy dobrze zrobili. Ale klamka zapadła i rozpoczęło się dogrywanie szczegółów.
Przyszedł czas na opracowanie trasy. Chłodna kalkulacja naszych chęci wobec możliwości szybko wykazała, że dotarcie do najważniejszych miejsc w Armenii nie będzie możliwe w ciągu dwóch tygodni. Chyba że oprócz jazdy rowerami zaplanujemy jeszcze inne środki transportu. Ten pomysł brzmiał kusząco. W takim kraju, jak Armenia, mogliśmy się spodziewać w związku z tym jedynie dodatkowych przygód. Różnorodność środków transportu, jakie mieliśmy do dyspozycji, była naprawdę imponująca. W grę wchodziły autobusy, kolej, taksówki, busy zwane marszrutkami, a nawet metro. Rzeczywistość i tym razem przerosła najśmielsze oczekiwania. Najtrudniejszy, pięciokilometrowy odcinek w Górach Zangezurskich pokonaliśmy na pace 33-letniego gazika z odkrytym silnikiem, wstawionym tam z jakiegoś równie leciwego traktora.
Równolegle z opracowywaniem trasy trwały intensywne negocjacje z Polskimi Liniami Lotniczymi LOT w sprawie przewozu naszych bagaży. Koniec końców potwierdzono nam przewóz tylko sześciu rowerów z siedmiu. Sytuację oceniliśmy jako trudną, zwłaszcza że polecono nam spakować się w pakunki mniejsze od średnicy koła rowerowego. O przyczepkach dla dzieci nawet nie wspominaliśmy, aby nie obniżać zawczasu swojej pozycji negocjacyjnej. Na horyzoncie zarysowała się za to znacznie korzystniejsza ewentualność. Po raz kolejny przeprowadziliśmy chłodną kalkulację, wyliczając, że z całym dobytkiem, i tym rowerowym, i przyczepkowym, i nawet sakwowym, zmieścimy się w podstawowym limicie bagażu.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Remigiusz Kitliński