okładka
okładka
strona główna w numerze nagroda Rowertouru kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży
pierwszy rower
skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

centrumrowerowe.pl

znajkraj.pl

trasymasy.pl

sportportal.pl

Reklama

strona główna >> 1/2013 >> 50 kilometrów pod górę

poradniki

Hamak podróżny

Miłośnicy włóczęgi nie tylko na dwóch kółkach z pewnością docenią nowe możliwości, jakie niesie zaopatrzenie się w... »

Prezent dla cyklisty

Szał świątecznych zakupów w pełni. Kto jeszcze nie zdobył kompletu prezentów dla rodziny i znajomych, ten nie uniknie kolejek, w... »

Karta podarunkowa

Do niektórych rowerzystów bardzo trudno dopasować prezent. Część wszystko już ma, część jest bardzo wybredna co do jakości i... »

Espresso na wyprawie

Pamiętacie smak kiepskiej kawy zalanej nie do końca zagotowaną wodą? Miłośnicy kawy na rowerowych wyprawach przeżywają katusze, a przecież... »

Bielizna termoaktywna

Bardzo ważny, a jednocześnie stosunkowo niedrogi element rowerowego stroju, czyli bielizna termoaktywna, jest dostępny w wielu konfiguracjach... »

Kolejna lampka na tył

Jestem zwolennikiem teorii, że tylnych lampek nigdy za wiele. Im bardziej nocny rowerzysta przypomina choinkę, tym większa szansa na to, że nie... »

Miska magnetyczna

Prezent dla majsterkowiczów i tak zwanych poszukiwaczy, którzy – serwisując swój rower – sporo czasu marnują na... »

Sakwa miejska

Na dojazdy do pracy, na zakupy czy do ulubionej kawiarni zamiast sakwy wyprawowej lepiej wybrać coś mniej rzucającego się w oczy i... »

Bez niego nie ruszysz

Każdy przejechany przez nas kilometr zostawia nieodwracalny ślad na powierzchni elementów napędu. W związku z tym niezbędna jest co... »

Qeridoo Kidgoo 1 Sport

Nowa przyczepka niemieckiej firmy Qeridoo Kidgoo jest dostępna w czterech wersjach (kombinacji jedno- i dwuosobowej, standardowej oraz Sport) oraz w... »

Styl życia >> Karina Jasińska


50 kilometrów pod górę

Z Kariną Jasińską, pierwszą niepełnosprawną Polką na Pico del Veleta, rozmawia Jakub Terakowski
Wreszczie na górze

Chciałaś zostać pilotem...
– Uczyłam się w technikum lotniczym koło Poznania, pierwszy rok zaliczyłam bez problemów. Potem rozchorowałam się, objawy były dość niewinne, typowo grypowe: gorączka, ból gardła. Poszłam do lekarza, zemdlałam i obudziłam się w szpitalu. Potem wypadki toczyły się coraz szybciej: trafiłam na oddział do Bolesławca, stamtąd do Wrocławia. Byłam zupełnie sparaliżowana, straciłam władzę we wszystkich kończynach. Z czasem ręce udało się uratować, lecz nogi pozostały bezwładne. Trafiłam na wózek inwalidzki. Moje marzenia o lataniu... odleciały.

I wszystko to przez zwyczajną grypę?

– Niezupełnie, bo to nie sama grypa, lecz powikłania po infekcji spowodowały, że zachorowałam na zapalenie opon mózgowych oraz rdzenia kręgowego. I dopiero ich konsekwencje były tak poważne. Podobne przypadki zdarzają się raz na milion, ktoś jednak musi być tym jednym, los wskazał na mnie... Nie mogłam kontynuować nauki w szkole lotniczej, postanowiłam studiować psychologię, jestem teraz na trzecim roku.

Nie załamałaś się...

– Załamałam. Wózek był dla mnie jak wyrok, dożywocie. Myślałam, że już na zawsze zostanę do niego przykuta. Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że wjadę handbike’m na Pico del Veleta.

Jak do tego doszło?

– Pojechałam do Warszawy na kurs prawa jazdy, zorganizowany przez Fundację FAR, zajmującą się aktywizacją osób niepełnosprawnych. Tam poznałam dziewczynę z Krakowa, gdzie właśnie wybierałam się na studia. Obie wstąpiłyśmy do Fundacji Bariera, której prezes, pani Anna Waligóra, zaproponowała mi udział w wyprawie. To była jej inicjatywa.

A dlaczego wybrała właśnie Ciebie?

– Bo nie mam innych zobowiązań i jestem – jeżeli tak można powiedzieć – zdrowa. Jedna z podopiecznych Fundacji Bariera choruje na stwardnienie rozsiane, druga ma dzieci, trzeciej zabrakło odwagi, więc nie mogłam odmówić. I nie chciałam odmawiać. Niezwykle zależało mi na udziale w tej wyprawie, chociaż bardzo się bałam. Obawiałam się, że nie dam rady wjechać na Pico; prowadzi tam przecież najdłuższy podjazd w Europie: 50 kilometrów pod górę i 2500 metrów różnicy poziomów.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Karol Kleszyk